MON na FB i Twiterze MON na Facebook MON na Twitterze MON na G+
MON na YouTube MON na FlickR
Aktualności

Spotkanie ministra ON z bohaterem z Mongolii
2007-06-13

W środę 13 czerwca, o godzinie 16.00 w siedzibie MON odbyło się spotkanie ministra ON Aleksandra Szczygło z żołnierzem mongolskim st. sierżantem Gamboldem Azzaya.

18 lutego 2004 roku st. sierżant Gambold Azzaya, pełniąc służbę wartowniczą w bazie Charli Wielonarodowej Dywizji Centrum – Południe w Al Hilla w Iraku, powstrzymał atak irackich rebeliantów, którzy zamierzali wjechać na teren obozu ciężarówkami wypełnionymi materiałami wybuchowymi i doprowadzić do ich eksplozji. Gambold Azzaya uratował w ten sposób życie wielu żołnierzom dywizji, w tym także Polakom.
W spotkaniu uczestniczył także płk Piotr Patalong, który w czasie II zmiany PKW był dowódcą polskiej batalionowej grupy bojowej, która stacjonowała w zaatakowanym obozie.

* * *
18 lutego 2004 roku Gambold Azzaya pełnił służbę na wieży wartowniczej bazy Charlie. Około godz. 7.15 bazę zaatakowały dwa samochody-pułapki wypełnione materiałami wybuchowymi. Azzaya, oddając strzały z ok. 100 metrów, zastrzelił kierowcę pierwszego samochodu, który eksplodował, czyniąc wyrwę w murze bazy. Azzaya strzelał także do drugiego samochodu – cysterny. Gdy ranny terrorysta wyskoczył z szoferki, samochód, w którym było ok. 700 kg ładunku wybuchowego, eksplodował. W wyniku wybuchu zginęło 6 mieszkających nieopodal bazy Irakijczyków, a 44 zostało rannych. Odłamki szkła raniły też 12 polskich żołnierzy, którzy trafili do szpitala. Innych żołnierzy opatrzono na miejscu. 

 * * *

Pan Gambold Azzaya urodził się 27 marca 1983 roku w ajmaku południowochangajskim, somonie Bürd jako najstarszy syn Gambolda. W dzieciństwie zajmował się na wsi hodowlą bydła, a w 1991 roku wstąpił do szkoły średniej w ajmaku Bulgańskim w somonie Raszaant.
 W 2002 roku uzyskał wykształcenie średnie w Technicznej Szkole Zawodowej w ajmaku Bulgańskim. W 2002 roku wstąpił do Oficerskiej Szkoły Obrony, a w 2003 roku, po jej ukończeniu, został przyjęty do 150 Jednostki Wojskowej jako strzelec wyborowy i w 2004 roku służył w Iraku. Za udaremnienie zamachu na bazę Wielonarodowej Dywizji Centrum – Południe w Al Hilla, do którego doszło 18 lutego 2004 roku, został nagrodzony wojskowym medalem zasługi, polskim Srebrnym Krzyżem Zasługi. W nagrodę zyskał także możliwość podjęcia nauki w Instytucie Obrony Narodowej.
 W lipcu 2006 roku służył w misji pokojowej w Sierra Leone. Ponieważ obowiązki tej misji wykonał pomyślnie, został nagrodzony „Medalem za Pokój” i brązowym medalem ONZ.
 Obecnie Pan G. Azzaya uczy się na III roku Administracji Państwowej w Wyższej Szkole Obrony Narodowej. W czasie nauki, w latach 2005-2007, zajmował pierwsze, drugie lub trzecie miejsca, uczestnicząc jako kierujący oddziałem, w zawodach marszowo-taktycznych, które miały na celu wyłonienie najlepszych oddziałów.

***

Samobójczy atak na Camp Charlie
Druga zmiana Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku trwała od kilkunastu dni. 18 lutego 2004 r. zapowiadał się na typowo. O godz. 7 spora część żołnierzy wyjechała na konwoje. Inni dopiero szli na śniadanie lub przygotowywali się do porannych apeli.
Kwadrans po godz. 7 bazą wstrząsnęły dwa potężne wybuchy. Świadkowie do dziś spierają się o wielkość kuli ognia, która pojawiła się nad bazą...
– W campie wyleciały wszystkie szyby i drzwi. Szkło i popękana dykta pocięły ludzi – mówi pułkownik Marek Sanak, od kilku dni dowódca 10. Brygady Logistycznej w Opolu. Po ataku kierował akcją ratowniczą, gdyż był dowódcą batalionu logistycznego stacjonującego w Camp Charlie.
Pułkownik miał szczęście. Kilka dni wcześniej w uszkodzone okno w swoim pokoju włożył płytę pilśniową. Po wybuchu płyta uderzyła go w plecy, ale to nie była szyba... - Nie miałem pojęcia co to za atak? Rakietowy? Czy prowadzić akcję ratowniczą, czy przygotowywać się do obrony? Przecież mógł nastąpić ciąg dalszy – wspomina.
Jak się okazało, był to zamach samobójczy. Terroryści użyli dwóch samochodów. Nafaszerowany trotylem pick-up wybił dziurę w murze ochronnym. Przez nią do środka bazy miała wjechać cysterna, w której ukryto 700 kg materiału wybuchowego.
- Przytomność umysłu mongolskiego wartownika, sierż. Azaji w znacznym stopniu przyczyniła się do tego, że wszyscy żołnierze przeżyli atak – kontynuuje logistyk. Wzdłuż ogrodzenia campu normalnie jeździły bowiem cywilne samochody. Gdy powietrzem wstrząsnął huk, wartownik zobaczył obłok dymu i prawie na oślep puścił serię w kierunku nadjeżdżającej cysterny... Ciężarówka wyleciała w powietrze. Pozostał po niej wielki krater. Szczątki samochodów żołnierze znajdowali w promieniu 250 m. Wybuch był tak potężny, że na części rozniosło nawet silnik.
W taki sam sposób terroryści uderzyli na włoską bazę w An-Nasiriji w listopadzie 2003 r. Zginęło wtedy 19 Włochów. Gdyby więc cysterna wjechała do Camp Charlie, zabitych moglibyśmy liczyć na setki... A tak, największe straty ponieśli cywile mieszkający po sąsiedzku. Zginęło 2 ludzi, 31 zostało rannych. Eksplozja zniszczyła 4 domy Irakijczyków, stojące na zewnątrz bazy. 7 było częściowo uszkodzonych. Jeden znajdował się aż 300 m od miejsca ataku!
Księżycowy krater
W ciągu 5 min. wszyscy żołnierze dobiegli na stanowisko dowodzenia. – Najpierw należało ocenić zagrożenie. Najtrudniejszy moment to oczekiwanie na meldunki o stratach... Na szczęście okazało się, że wszyscy żyją. Ale jest wielu rannych – wspomina były dowódca Camp Charlie.
Część bazy wyglądała jak księżycowy krater. Po dwóch pojazdach samobójców pozostały tylko olbrzymie leje w ziemi. W murze granicznym powstała wyrwa długości 50 m. Na szczęście błyskawicznie obstawili ją żołnierze z 18. batalionu z Bielska-Białej. W bazie całkowicie zniszczona została pralnia i budynki prywatnej amerykańskiej firmy.
- Trudno odtworzyć tamte chwile. Zbyt wiele się działo... W tych krytycznych minutach na stanowisku dowodzenia zastąpił mnie szef sztabu batalionu mjr Stanisław Marczyński. Ja zaś chciałem osobiście dopilnować udzielania pierwszej pomocy i prowadzenia ewakuacji – przekonuje ppłk Sanak.
W batalionie logistycznym służyło 2 lekarzy. Feralnego dnia jeden pojechał z konwojem. W bazie został kpt. Robert Bogdanik ze szpitala misji pokojowych we Wrocławiu. Na miejscu udzielił pomocy kilkunastu rannym, błyskawicznie zszywał rany cięte. Pomagali mu żołnierze z plutonu medycznego oraz kpt. Eliza Szmyd, psychoprofilaktyk z Koszalina. – Nawet nie zdążyliśmy poprosić, a błyskawicznie pojawili się medycy z kontyngentu słowackiego. Choć żołnierze ze Słowacji nie byli poszkodowani, wsparcie medyczne wysłał ppłk Karol Navratil, dowódca tego kontyngentu – kontynuuje logistyk.
Ucierpieli żołnierze znajdujący się w betonowych budynkach, oddalonych o 200 m od miejsca wybuchu. Natomiast mongolski sierżant, stojący na wieży wartowniczej 70 m od auta-pułapki, został tylko ogłuszony.
Pękające szyby pocięły dwóch Węgrów, Amerykanina oraz kilkudziesięciu Polaków. Amerykańskie śmigłowce medyczne wylądowały w bazie po ok. pół godzinie od wezwania. – Zabierały po 4 rannych. Z lekarzem ustalaliśmy kolejność ewakuacji. Pytałem rannych jak się czują? Czy mogą poczekać, bo inni są w gorszym stanie? Każdy żołnierz przeszedł przez moje ręce – wspomina oficer.
8 najciężej rannych ewakuowano droga powietrzną, 4 kolejnych wywiozły sanitarki. Resztę opatrzono w bazie. Niektórych nawet nie odsyłano do szpitala, gdyż obrażenia były powierzchowne.
Uspokoić rodziny
Gdy bezpośrednie niebezpieczeństwo zostało zażegnane, należało jak najszybciej umożliwić żołnierzom kontakt z najbliższymi w kraju. – Tak, żeby uspokoić rodziny. Spodziewaliśmy się sporego szumu w mediach. W ciągu kilku godzin wszyscy z batalionu mogli zatelefonować do Polski. Sam powiedziałem żonie krótko „w telewizji zobaczysz, że był zamach. Ale u mnie wszystko w porządku”. Nie wiem, czy uwierzyła, ale skoro z nią rozmawiałem, to przecież musiałem być cały – mówi logistyk, który zadzwonił też do dowódcy 11. DKPanc. Większość żołnierzy batalionu logistycznego to ludzie z dywizji żagańskiej.
- Mąż zadzwonił, ale nie do końca wierzyłam w to, co mówił. Przecież tam była regularna wojna... Ale ja też nie wszystko mu mówiłam. Służył 3 tys. km od Żagania, więc starałam się zawsze mówić, że w domu wszystko jest w porządku. Myślę, że on tak samo nie chciał mnie martwić – uzupełnia pani Krystyna. Dla niej ten atak był najtrudniejszym momentem misji: - Gdy wylatywali, chyba nikt się nie spodziewał, że sytuacja w Iraku tak się rozwinie... Przecież pierwsza zmiana wyglądała na spokojną. Bałam się i wolałam, żeby został w domu. Ale jak już się okazało, że na pewno jedzie, to musiałam przy nim być...
Gdy żołnierze trochę ochłonęli po zamachu, dowódca bazy obawiał się, czy psychicznie wytrzymają takie przeżycia? Ale następnego dnia zadania realizowano... normalnie. Lżej ranni ruszyli do służby. Jeśli dostali zgodę lekarza, mogli pracować. Tylko poszkodowani kierowcy mieli zakaz prowadzenia pojazdów.
Pełne odtworzenie gotowości batalionu i porządkowanie bazy trwało 3 dni: - Zamach spowodował, że jednostka przeszła chrzest i okrzepła.
Przystąpiono też do budowy umocnień wokół Camp Charlie. Atak terrorystyczny zintegrował wszystkie kontyngenty stacjonujące w bazie. Każdy wydzielił ludzi do prac. Rumuni wozili ziemię, Słowacy obsługiwali koparki, Polacy sypali wały. W efekcie powstało jedno z najlepiej ufortyfikowanych obozowisk w naszej dywizji. Zabezpieczenia bardzo pozytywnie oceniali Amerykanie.
Bazę jeszcze kilkakrotnie atakowano. Ale zamachy samobójcze już się nie powtórzyły.

(Tekst jest fragmentem artykułu Jarosława Rybaka opublikowanego w miesięczniku „Komandos”) 
   

MON-FB
MON-Tweet


GALERIA