MON na FB i Twiterze MON na Facebook MON na Twitterze MON na G+
MON na YouTube MON na FlickR
Aktualności

Ćwiczenia sojusznicze pk.: „LOYAL ARROW 2009”
2009-06-18

18.06. W Szwecji odbyły się manewry "LOYAL ARROW 2009”. Zapraszamy do relacji z wybranych etapów ćwiczenia, w których brały udział załogi dwóch polskich śmigłowców W-3 Sokół z 2 eskadry lotnictwa transportowo - łącznikowego z Bydgoszczy.

„Dobra robota – to była prawdziwa przyjemność z wami ćwiczyć”

Operacja Mosquito. Loyal Arrow ’ 09.

15.06.2009 Szwecja, Kallax/Lulea.

galeria

Podczas ćwiczeń nie ma dni tygodnia, są tylko kolejno zmieniające się cyfry w kalendarzu. 14-ty wczoraj to niedziela tutaj, nie ma to znaczenia - kolejny dzień ćwiczeń. Od samego rana lało. Kolejne załogi ze względu na pogodę odwoływały swoje loty. Poniedziałek 15-go rozpoczął się słonecznie. Tylko tęcza rozpięta nad lotniskiem zdradzała, że jeszcze niedawno padał deszcz. Lotnisko budziło się do życia. Dziś na pewno polatamy. Mówią, że złe wieści rozchodzą się szybko ale dobre jeszcze szybciej, przynajmniej tutaj, w Kallax na ćwiczeniach Loyal Arrow ’09. Po udanej sobotniej misji lotem błyskawicy rozeszła się wiadomość, że z polskimi załogami można poćwiczyć na naprawdę wysokim poziomie procedury CSAR.

Skutek mógł być tylko jeden i był do przewidzenia. Zamiast dyżuru ON ALERT, trening z procedur - ale oczywiście w innym składzie. Tak duże zainteresowanie zespołów, uczestników akurat tym elementem treningu świadczy jak duże znaczenie kładzie się na procedury CSAR w całym NATO. Na nasz briefing przyjechał Szef Zespołu Prasowego płk. Andreas FAAS aby osobiście spotkać się z uczestnikami i udokumentować realizowane przedsięwzięcie. Operacja Mosquito ta nazwa nic nikomu nie mówiła do chwili kiedy rozpoczął się briefing.

Zadanie jak zwykle „proste” – trzeba kogoś uratować działając pod osłoną samolotów. Doświadczenie podpowiadało, że nie może być prosto, tym bardziej, że będziemy trenowali z jednym zespołem samolotów osłony. Co dziś dla nas wymyślili operacyjni? Już niebawem mieliśmy się przekonać. Start z takim wyliczeniem, aby w nakazanym czasie spotkać się z osłoną – nic szczególnego. Lot maskujący na małej wysokości w terenie górzystym dawał nam złudzenie bezpieczeństwa. Jednak tuż przed wyznaczonym rejonem krzyk w radiu: „Samoloty na szóstej!!!” To nie mogła być nasza osłona - ze względu na pułap chmur szli wyżej. Wiec kto? Nasza pierwsza niespodzianka.

Niemal na naszej wysokości doganiali nas „Bandyci”.

Cztery samoloty minęły nas z zawrotną prędkością ostatecznie znikając w nisko zawieszonych chmurach. Tam czekała już na nich nasza osłona. Tym razem pogoda była po stronie śmigłowców, niski pułap chmur, mżawka, zamglenie. „Bandyci” nie mieli wyjścia, musieli pociągnąć do góry. Ta wysokość była bezpieczna tylko dla nas. W radiu cisza, nikt nie zgłaszał „zniszczenia” śmigłowców...Więc udało się. Mogliśmy kontynuować realizację zadania. Rejon rozbitka to jak zwykle „nieskończony las”. Teraz zapewne będzie test dla grupy naziemnej. Oczywiście w radiu słychać pozycję rozbitka. Czy naprawdę ma być dziś aż tak łatwo? Niestety mały błąd w kolejności podawania cyfr wyprowadził w „pole” albo lepiej bagnisty las grupę specjalną – trzeba wracać. Już słychać było w radiu tym razem poprawne koordynaty. Deszcz nie przestawał padać, a nawet jakby się nasilił. Wycieraczki ledwie nadążały zbierać strumienie wody zalewająe przednie szyby zapewniając wystarczającą widoczność. Na domiar złego w radiu usłyszeliśmy, że rozbitek był ranny. Z rannym na noszach, przemoknięci, ubłoceni komandosi przeprawili się do umówionego lądowiska. Wyglądali fatalnie, i tylko ten na noszach był zadowolony.

Po misji debriefing – to było nasze ostatnie zadanie z grupą komandosów, ich ostatni test, który kompleksowo miał sprawdzić umiejętności radzenia sobie z „niespodziankami” operacyjnych. Był to też sprawdzian dla nas, załóg śmigłowców. Test wyszkolenia, znajomości procedur, umiejętności współpracy z międzynarodowymi zespołami na ziemi i w powietrzu. Wiem, że załogi z Bydgoszczy go zdały – na koniec dowódca komandosów powiedział: „Dobra robota – dziękuję to była prawdziwa przyjemność z wami ćwiczyć.”


Oficer prasowy 2eltł
por. pil. Robert Kozłowski

Najważniejsze śmigłowce.

Loyal Arrow ’ 09.13.06.2009 Szwecja, Kallax/Lulea.

Od samego rana wiało z północy, deszcz, niskie podstawy chmur nie pozwalały planowo rozpocząć zadań. To tylko ćwiczenia więc nie ma potrzeby podejmować nadmiernego ryzyka. Przede wszystkim bezpieczeństwo. Po briefingu mijały kolejne godziny przeplatane to gorszą to lepsza pogodą. Co chwila ktoś wychodził na zewnątrz chcąc osobiście przekonać się o warunkach atmosferycznych. Tak fatalnie miało być do południa, potem 4-6 godzin dobrej pogody i znowu „kicha”. Czy pogoda tym razem również będzie łaskawa? Wreszcie rozpogodziło się na tyle ze mogliśmy rozpocząć. Dwa śmigłowce W-3 były najważniejsze, wynikało to z zadania jakie zostało postawione załogom. Dziś tylko jednego śmigłowca, jednak angażującego potężny potencjał międzynarodowych sił i środków. Zadanie polegało na przelocie śmigłowców z grupami specjalnymi na pokładzie w rejon przypuszczalnej pozycji rozbitka w osłonie. Rejon rozbitka został wyznaczony daleko na północy, dalej niż byliśmy do tej pory. Osłona też specjalnie dobrana do charakteru misji:

14 samolotów bojowych: F-16, F-18, Tornado i Gripeny.


Dowództwo chciało się przekonać jak międzynarodowy skład poradzi sobie z wyznaczonym zadaniem. Oczywiście z góry wszystko widział i słyszał  AWACS.Podczas misji CSAR załogi śmigłowców znają swoje zadanie, wiedzą co mają zrobić oraz znają ogólnie zadania innych. Nikt nie wie co będzie się działo w rejonie rozbitka. Tam sytuacja może zmieniać się bardzo dynamicznie. Dolot od punktu spotkania mimo znacznej odległości nie dłużył się. Trzeba było obserwować przeszkody. Mimo, że to daleka północ drutów było co nie miara. Nad punktem spotkania wreszcie mogliśmy zgłosić naszą gotowość do akcji. Tutaj czekała nas pierwsza niespodzianka  i - jak się później okazało - nie ostatnia. Na „górze” rozpoczęła się walka powietrzna, nas odesłano w bezpieczny rejon czekaliśmy nisko krążąc nad nieskończonym lasem.

Wreszcie sygnał dla nas - możemy wchodzić. Osłona nie odpuszczała nas na krok. Ciasne zakręty samolotów niemal na wyciągnięcie ręki budziły szacunek i uznanie. Powodzenie ich misji zależało od tego czy potrafią bezpiecznie eskortować nas w rejon rozbitka. Wreszcie dotarliśmy na miejsce, eskorta poszła wyżej bo zaczęło trochę „kisić”, grupa specjalna na ziemi ostrożnie podchodziła do rozbitka i nagle … zaczęła się strzelanina!

 - To zasadzka!!!

Szybki start w bezpieczne miejsce i znowu czekamy. W radiu słychać, że to „prawdziwa wojnę”. Kolejny sprawdzian tym razem dla osłony: Potrzebne lotnicze wsparcie!!!  Spojrzeliśmy na siebie, nikt nie powiedział ani słowa ale każdy z nas zdawał sobie sprawę, że warunki atmosferyczne są na granicy dopuszczalnych, a pogoda nie pozostawia złudzeń. Będzie gorzej jeśli ktoś z osłony się wycofa, ale nie będzie można mieć do nikogo pretensji. Nasz niepokój budziło cos zgoła innego. Trochę już wisieliśmy w powietrzu i coraz częściej spoglądaliśmy na paliwo. A tam na ziemi „wojna” się dopiero rozpoczęła. Przez radio słychać było koordynaty celów i wołanie o wsparcie. Po chwili nasza osłona zajęła swoje pozycje a więc nie zrezygnowali zostali żeby nas chronić. To był niezapomniany widok - skrzydła samolotu na niskim pułapie wręcz rozcinały nisko wiszące chmury wyciskając z nich wodę w ciasnych zakrętach. To był prawdziwy pokaz możliwości manewrowych i kunsztu pilotażu.

Wojna wojną, ale paliwomierz nie oszukuje.


Trzeba się sprężyć, za chwile będziemy musieli wracać. Pogoda jest coraz gorsza w górach nie zawsze można lecieć po prostej. Musimy mieć więcej paliwa w zapasie. Wreszcie jest zgoda na lądowanie, wszyscy na pokładzie więc do „domu”. Wracamy na południe tu jest lepiej spokojniej, podstawy chmur wyżej tylko pada deszcz i lekkie zamglenie. Komandosi już odprężeni i zadowoleni też nie wiedzieli o niespodziance dla nich. Operacyjni ćwiczeń jak widać nie dają taryfy ulgowej nikomu. Współpraca i znajomość procedur musi być na najwyższym poziomie. Nie ma mowy o przypadkowości i prowizorycznych rozwiązaniach. Błąd lub nieodpowiednie manewry mogą spowodować prawdziwe nieszczęście. Wygraliśmy tę bitwę – czym jeszcze będą chcieli nas zaskoczyć operacyjni?

Oficer prasowy 2eltł
por. pil. Robert Kozłowski

 

Góry i morze w jeden dzień – załogi z LGPR-u to potrafią.

Loyal Arrow ’ 09.
11-12.06.2009 Szwecja, Kallax/Lulea.

11 czerwca to w Polsce święto – na ćwiczeniach nie ma świąt i dni wolnych. Są briefingi, misje i debriefingi.

Intensywne latanie jest miłe i przyjemne mimo, że czasami po misji „leci się z nóg”. Jednak trzeba też zadbać o sprzęt dlatego główny inżynier zarządził tzw. dzień techniczny. W takim dniu nasi mechanicy mają pełne ręce roboty. Dwa śmigłowce zostały sprawdzone od podwozia po wirnik nośny od dzioba po śmigiełko ogonowe, wszelkie wykryte usterki naprawione, instalacje i systemy przetestowane  – od ich ciężkiej pracy na ziemi zależy bezpieczeństwo załogi w powietrzu –

dzięki chłopaki, świetna robota!

Nie próżnował również oficer operacyjny. Mimo, że śmigłowce pozostały na ziemi rozpoczęła się mozolna praca biurowa. Meldunki, odprawy, „sto telefonów i tysiąc pytań”. W takim młynie nawet się nie zorientował, że do nas zwrócił się po angielsku. „Dobrze, że ten dzień się już skończył” – dodał na koniec. Nie zdradził się nawet słowem, że poznał wstępne plany dowództwa ćwiczenia na nasze dzisiejsze loty.

Pierwsza misja: Za kołem podbiegunowym na „terenie wroga” doszło do „katapultowania”. W rejonie operuje już nasza grupa, która odnalazła rozbitka i ukrywa się z nim w górach. Zadanie dla załóg: Udać się dwoma śmigłowcami w przypuszczalny rejon przebywania grupy, nawiązać kontakt radiowy, odnaleźć grupę i przetransportować na lotnisko. Po chwili już ktoś ironicznie zapytał: Czy tym razem będzie łączność? Sprawdzicie jak dolecicie na miejsce – odparował operacyjny. Tym razem wszystko poszło jak trzeba. Łączność była dopiero w ostatniej chwili, jak wiadomo na zasięg i jakość łączności ma wpływ m.in. ukształtowanie terenu. Najważniejsze, że „odzyskaliśmy” naszych. Im również zależało żebyśmy ich znaleźli. Po dwóch dniach w górach nie wyglądali najlepiej.

Brudni, przemoczeni i głodni już na pokładzie śmigłowca z uśmiechem podnosili kciuk do góry informując, że jest OK.


Druga misja to prawdziwa „wisienka” na torcie ćwiczeń. Nad morzem „katapultował się pilot” – stacje radarowe odebrały sygnały z radiostacji ratowniczej i określiły prawdopodobny obszar do przeszukania. Zadanie dla załóg: odnaleźć rozbitka, podjąć na pokład i przetransportować … gdzie?!?!?! … na lotniskowiec HMS Illustrious, który również bierze udział w ćwiczeniu.


Będziemy lądowali na lotniskowcu!

Wylądujecie jak znajdziecie rozbitka – ściągnął nas na ziemie operacyjny. Zadowoleni i lekko zaniepokojeni szliśmy do śmigłowców ubrani w pomarańczowe MUP-y (morski ubiór pilota, pozwalający przetrwać w zimnej, morskiej wodzie) wzbudzając sensacje wśród obsługi naziemnej lotniska. Wszyscy wiedzieliśmy, że obszar do przeszukania jest ogromny. Dlatego będą dwa śmigłowce. Jak na złość od rana silnie wiało z północny, więc morze było wzburzone, ciemne chmury straszyły deszczem. Kiedy niebo i morze zlewają się w jedno i nie widać naturalnego horyzontu, robi się mało przyjemnie. W takich warunkach poszukiwanie wzrokowe, delikatnie mówiąc, jest bardzo utrudnione. Jednak, jak to mówią, lepszym szczęście sprzyja. Już do startu mieliśmy dobre warunki, a im dalej w morze pogoda jeszcze bardziej się poprawiła.

Liczyliśmy, że nasz rozbitek ma pełne wyposażenie ratownicze i chcąc zostać uratowanym nie zawaha się go użyć. Rozbitek został znaleziony i uratowany. Ale pozostał jeszcze jeden element do wykonania, którego jeszcze nikt w Siłach Powietrznych nie ćwiczył. Punkt po punkcie realizowaliśmy checklist-ę, a oddali już było widać kontur naszego celu. Każdy z nas miał świadomość doniosłości chwili. Wylądowaliśmy, a co więcej, każda załoga przećwiczyła ten element trudny element dwukrotnie.

Trzeba przyznać, że lądowanie na lotniskowcu robi wrażenie.

To dziwne uczucie kiedy podchodzi się do okrętu, który cały czas idzie więc śmigłowiec również musiał utrzymywać prędkość postępową, a jednocześnie utrzymywać się nad określonym miejscem na pokładzie. Śmigłowce LGPR-u lądowały już w wielu ciekawych miejscach, jednak na pokładzie lotniskowca zrobiliśmy to pierwsi i na długi czas jak sądzę jedyni z Sił Powietrznych. Jestem przekonany, że każdy z pilotów to jedno lądowanie zapamięta na bardzo długo. Może nawet na całe życie.

Galerie z 11 i 12 czerwca

Oficer prasowy 2eltł
por. pil. Robert Kozłowski

„DON’T WORRY WE’LL FIND YOU”

Pierwsza misja. Loyal Arrow ’ 09.
08.06.2009 Szwecja, Kallax/Lulea.

galeria

Od samego rana na lotnisku ruch. Kto myślał, że jadąc na ćwiczenia LOYAL ARROW ’09 jedzie się na wycieczkę to się grubo pomylił. Wszyscy znają swoje zadania. Indywidualnie i w zespołach przygotowują się do misji. Pierwsze starty już za nami. Po południu „okno” (wyznaczony czas na wykonanie misji) miały śmigłowce. Mimo, że to pierwsza misja poprzeczka została zawieszona wysoko. Zadanie polegało na współpracy śmigłowców z międzynarodowymi grupami specjalnymi. Miały one zostać wysadzone w określonym punkcie, wykonać swoje zadanie a następnie zostać zabrane przez śmigłowce do bazy. Misja wydawać się mogła banalnie prosta  - wysadzić grupę a następnie zabrać na pokład. Sprzęt został wielokrotnie sprawdzony, więc komandosi w bojowych nastrojach sprawnie zajęli miejsca w śmigłowcach. Loty nad nieznanym terenem wymagają skupienia i uwagi zwłaszcza kiedy odbywają się na małej i bardzo małej wysokości.  Prowadzenie szczegółowej orientacji geograficznej w takim locie to prawdziwy koszmar a trzeba jeszcze uważać na maszty, słupy, linie wysokiego napięcia i o określonym czasie być w wyznaczonym miejscu.

Tu nie może być mowy o jakimś marginesie błędu tym bardziej, że cały lot jest monitorowany przez AWACS-a.

Ten samolot widzi i słyszy wszystko. Jak zawsze w sytuacji kiedy sprzęt został wielokrotnie sprawdzony i niemożliwym było żeby nie zadziałał poprawnie, życie napisało swój scenariusz. Okazało się, że nie można nawiązać łączności z komandosami. Jak się dowiedzieliśmy później zawiodła bateria radiostacji. Cała zaawansowana łączność, którą posiadają śmigłowce Lotniczej Grupy Poszukiwawczo Ratowniczej (LGPR) stała się w jednej chwili bezużyteczna. Nie było sygnałów z ziemi, nie było wiadomo gdzie są nasi komandosi. Załogi ćwiczą również takie niesprzyjające scenariusze jak  poszukiwanie wzrokowe, jednak tym razem nie miało być łatwo, gdzie nie spojrzeć tam las. Tak jak za sterami siedzieli profesjonaliści tak i  grupach specjalnych też nie ma amatorów, nie z takich opresji musieli się ratować więc i tym razem wszystko skończyło się dobrze. Śmigłowce podjęły grupy na pokład i bezpieczne wylądowały w bazie. Dowódca zespołu śmigłowców, mjr  pil. Jarosław Kuziński powiedział:  "Jestem zadowolony z dzisiejszego dnia. Już na sam początek dostaliśmy potężny zastrzyk emocji. Po to są właśnie ćwiczenia, żeby sprawdzić nawet  najtrudniejsze scenariusze a poza tym przecież mamy nasze logo z napisem „DON’T WORRY WE’LL FIND YOU”- to zobowiązuje".

galerie z 7 , 8 i 9 czerwca

Oficer prasowy 2eltł
por. pil. Robert Kozłowski

 

 

 

 

 

 

 

 

MON-FB
MON-Tweet


GALERIA